poniedziałek, 08 lutego 2010
Bo to się zwykle tak zaczyna

Upierając się, że to zwykłe zmęczenie, z którym poradzę sobie snem (chociaż już jakiś czas temu wiedziałam, że ten sen to minimum 2 tygodnie powinien trwać a potem jakieś 2 tygodnie robienia tego co lubię, choćby sprzątania w szafkach) przegapiłam sygnały. Uśpiło mnie to zmęczenie.

Zaczyna się tak, że nagle na każde możliwe pytanie odpowiedź brzmi "nie wiem". Nie dlatego, że nie chcę odpowiedzieć, ale przecież też nie dlatego, że naprawdę nie wiem. Coś muszę wiedzieć. Na przykład gdzie leży portfel. Albo czy chcę na śnaidanei kanapkę z serem. Potem jem ją i zastanawiam się dlaczego mi nie smakuje tak jak zazwyczaj chociaż lubię ser.

Nie angażować się. W nic i w ogóle. Zostać z boku tak jak tylko się da.
Nie myć się przez tydzień i tego nie zauważyć, że to już tydzień minął.
Nie odpowiadać na pytania.
Nie odbierać telefonu.
Nie mieć na nic wpływu i potem tylko zastanawiać się czemu jest niewygodnie. Po to, żeby stwierdzić, że te niewygody są też całkowicie obojętne.

To jednak nie jest równia pochyła. To jest spirala, po której człowiek delikatnie zsuwa się w dół. Niepostrzeżenie, naprawdę.

Przyczyną mogą być hormony, niekoniecznie zaprzeszłe rozdrapy. Przyczyną może być oczywiście też to, że wreszcie jestem w związku i co dalej. Chociaż to naciągana teoria, bo kiedy nie byłam w związku dyskutowałam z lodówką czy kiedykolwiek to uczucie, które we mnie jest raczy się skończyć i czy ja to muszę wytrzymywać. Wtedy doszłam do wniosku, że niestety, muszę się poddać i po prostu iść spać, bo rano popatrzę w oczy małej ślicznej blondynce, która mnie potrzebuje i ta resztka instynktu macierzyńskiego uratowała mnie przed totalną destrukcją. Zmuszała mnie do wstawania rano. Dobra, nie tak rano jak trzeba było, ale jednak na tyle wcześnie, żeby docierać do biura w godzinach pracy a nie przed zamknięciem.

W sobotę znowu się z tym czymś w środku mnie spotkałam. Przyszło, uśmiechnęło się krzywo i powiedziało: "Oto jestem. I co mi zrobisz?" Jeszcze nie wiem co ci zrobię. Może utulę, ugłaszczę, powiem, że i tak cię kocham i położę spać. A może stłukę na kwaśne jabłko, a potem będę się śmiać patrząc na twoje siniaki. A może będę udawać, że cię nie ma aż się znudzisz i pójdziesz sobie.
Jeszcze nie wiem.
Dzisiaj spróbuję mieć miły dzień i się nie rozpłakać więcej niż dwa razy.

niedziela, 07 lutego 2010
Co jest nie tak?

Bo coś jest.

W sobotę rozpłakałam się w Coffee Heaven. Nie mogłam powstrzymać łez, chociaż zapanowałam nad sobą na tyle, żeby nie przerodziło się to w regularny płacz.

Dzisiaj też.

Idę spać w pozornie już dobrym nastroju, budzę się i nie widzę sensu, żeby wstawać. Zmuszam się do działania, jakiegokolwiek, i nawet mi się udaj utrzymać pozorny spokój kiedy odkurzam, wieszam pranie, robię cokolwiek innego. Ale potem znowu - łup. Fantom pyta co jest nie tak, a ja nie mogę powstrzymać łez. A co jest nie tak? Nic. No bo przecież nic. Jestem zdrowa, kochana i kochająca, nikt się w domu nie kłóci, mam pieniądze na rachunki, mam hobby, które właśnie uskuteczniam, mam bezpieczne miejsce i pomalowane paznokcie u stóp. Ba, nawet rewelacyjny seks miałam w nocy. No i co? No i dupa. Właśnie mam minę kota na puszczy a zapytana co się dzieje łapię za chusteczki i nie jestem w stanie powiedzieć co poza tym, że nad tym nie panuję.

Zamiatam pod dywan razem z kolejnym odkurzaniem.

Najchętniej poprosiłabym cały świat, żeby dał mi święty spokój, pozwolił pobyć samej. Ale jednocześnie boję się, że to równia pochyła, która doprowadzi do tego, że nawet odkurzyć nie będę w stanie.

To nie jest zima. To nie jest tylko zima.
Co się z tym robi?

piątek, 05 lutego 2010

Prezes urwał się na lunch z moim szefem (być może, a może osobno). W tym czasie została zwolniona kolejna asystentka. Bez ostrzeżenia, bo nie było przed czym ostrzegać: po prostu jest świetna, ale likwidują jej stanowisko.
Jakby nie mogli tego zrobić pod koniec stycznia; posprzątać wszystko i pozwolić nam skupić się na pracy. W każdym razie mi. Bo jakoś mnie to demotywuje, martwi, denerwuje.

czwartek, 04 lutego 2010

Wczorajszy lekki stres, dzisiaj nadal nie wiem co myśleć. Prezes nie jest łatwym szefem, nie daje wyraźnych sygnałów, trzeba zgadywać. Najwidoczniej jego asystentka nie zgadła, albo on dostał od niej na tyle wyraźne, że już zaprzestał tematu.

Chociaż nie, bo przecież tydzień po urlopie, już po  przeprowadzce, wezwał ją na dywanik i zwrócił uwagę, że ma za mało merytoryczną pomoc z jej strony. Odciążenie miało przynieść połączenie dwóch sekretariatów, ale najwidoczniej było już za późno, albo koncepcja nowej HRowej była inna, w każdym razie wczoraj została asystentce przedstawiona jej następczyni, a ona sama zostaje przeniesiona w niewiadomym charakterze do działu HR. Asystentek prezesa nie zwalnia się z dnia na dzień, wiadomo, szczególnie gdy mają przekazać informacje. Nie wiadomo co będzie, można się tylko domyślać.

Wiadomo, że nie jest to załatwione elegancko w najmniejszym stopniu, ale też nie wiem czy można się spodziewać po kimkolwiek eleganckiego rozwiązania sprawy. Asystentka przeniesiona jest do spraw organizacyjnych, co miałoby sens gdyby trafiła do działu faktycznie organizacyjnego, ale nie do personalnego. Chyba, że plan jest dalej bardzo chytry w innym kierunku. Oczywiście, obawiam się o siebie, bo nie wiem co się dzieje i nie wiem jaka jest strategia. Obawiam się nie dlatego, że dostaję konkretne sygnały, tylko raczej z powodu niewiadomych i ich nadmiaru oraz wiedzy o kondycji firmy. W pewnym momencie umiejętności i jakość pracy mają mniejsze znaczenie niż fakt, że ktoś podsunie prezesowi koleżankę, która jest świetna. I może świetna być, jak najbardziej, i świetnie, że można podsunąć taką osobę gdy trwają poszukiwania, ale inaczej jest gdy podsuwa się kogoś na już obsadzone stanowisko. A tak się tutaj to odbywa, niestety, bez ostrzeżenia.

Zmotywowana jestem do pracy na poziomie zerowym, ale pracować będę, bo czemu nie. W końcu coś przez tych kilka godzin muszę zrobić.

A jeszcze mam na spodniach plamę z kawy. No bosssko.

środa, 03 lutego 2010

Dzień zaczął się marnie, bo od niusa w radio, że znowu pociągi nie jeżdżą, bo coś tam się narobiło w okolicach wschodniego. To znaczy jeżdżą, ale z opóźnieniem. Nie wiem jak wielkie te opóźnienia; na wszelki wypadek zabrałam tyłek z łóżka i w 10  minut byłam gotowa do wyjścia - tyle czasu dał mi Fantom. A nie iść dzisiaj nie mogłam, bo spotkanie z moim szefem.

W drodze do Warszawy musieliśmy zahaczyć o kogoś od Fantoma, co poskutkowało stłuczką na oblodzonej drodze. Spisywanie oświadczenia trochę zabrało, w dodatku  nie wiadomo na ile serwis zamknie za karę samochód Fantoma. Nie brzmi to dobrze, bo on sobie nie wyobraża dojazdów do Warszawy pociągiem, bo o tym, żeby tak funkcjonować zawodowo to w ogóle nie ma mowy - a to spotkanie, a to gdzieś coś trzeba odebrać...
No, ale w ogóle, żeby pociągiem???? Nigdy w życiu!

No to się strasznie wybiłam z pracowego rytmu od rana, a dokładniej do tej pory nie mogę w niego wejść i nie wiem co zrobić, żeby się stało jak należy. To znaczy, żebym z zaangażowaniem zaczęła pracować.

wtorek, 02 lutego 2010

Jaka jest różnica między: "dostać pieniądze" a "otrzymać pieniądze"? W dodatku gdy pieniądze zostały przysłane w liście z życzeniami świątecznymi od Czesi, której już na tym świecie nie ma?

Obudziłam się dzisiaj z tymi pieniędzmi przed oczami - dużo tego nie było, ale jednak polskie banknoty. I teraz nie wiem: stracę jakieś pieniądze, będą wydatki, jakaś strata, narodziny potomka, złe wiadomości? Czy też Czesia o czymś mnie informuje z zaświatów?

W interpretacji snów nigdy nie byłam mocna.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 215

You are The Wheel of Fortune

Good fortune and happiness but sometimes a species of intoxication with success

The Wheel of Fortune is all about big things, luck, change, fortune. Almost always good fortune. You are lucky in all things that you do and happy with the things that come to you. Be careful that success does not go to your head however. Sometimes luck can change.

What Tarot Card are You?
Take the Test to Find Out.